Chociażby z pomocą klasycznego męskiego uroku Bradleya Coopera, który choć nie ma tu wiele do grania, to przynajmniej charyzmatycznie wygląda, a także Jennifer Lawrence, obecnej „królowej amerykańskiego kina”, która każdą swoją kolejną rolą wywołuje zachwyt milionów fanów na całym świecie. Wystylizowana na femme fatale, na wzór blond-gwiazd amerykańskiego kina z lat 30. i 40., młoda aktorka rządzi z początku niepodzielnie na ekranie jako niestroniąca od ciężkiej pracy harda dziewoja, która nie jest jednakowoż w stanie poradzić sobie z własną psychiką i ciążącą na sumieniu traumą z dzieciństwa. Tyle że Lawrence nie ma oparcia w scenariuszu i w ostatecznym rozrachunku tworzy postać na granicy karykatury.
Niezależnie od prawdziwych przyczyn tej dwuletniej przerwy, wprowadzana do kin wersja „Sereny” jest zbyt skrótowa i pozbawiona prawdziwych emocji, by zapisać się na dłużej w pamięci. Gdy Bier zajmuje się kreacją wyrazistego świata przedstawionego, wszystko jest w jak najlepszym porządku – zdjęcia „z ręki” wprowadzają pewne poczucie realizmu, kontrastujące z typową dla filmów opowiadających o dawnych czasach wizualną stylizacją. Z kolei czeskie lasy udające amerykańskie Smoky Mountains z przełomu lat 20. i 30. XX wieku są tak fotogeniczne i klimatyczne, a jednocześnie sugerujące niewysłowiony mrok i izolację, że nietrudno uwierzyć, iż w takim środowisku człowiek może postradać zmysły.
Od samego początku coś jest jednak nie tak z ludźmi zapełniającymi świat Bier – albo mamy do czynienia z pretekstowymi postaciami, które mają konkretne zadania do wykonania i nie wychodzą poza swoje role (lokalny szeryf, który sprzeciwia się kapitalistycznemu wyzyskowi uskutecznianemu przez główną parę), albo ważne dla emocjonalnej wiarygodności wydarzenia zostają pozbawione fabularnego rozwoju („Chciałbym się z tobą ożenić”, mówi grany przez Coopera George Pemberton do poznanej kilka sekund wcześniej Sereny, po czym następuje kilka cięć montażowych, wliczając w to zupełnie niepasującą do klimatu filmu scenę miłosną, i są już małżeństwem, a ona zaczyna rozstawiać po kątach wszystkich w obozie dowodzonym przez swego męża). Co więcej, często kluczowe dla ciągłości narracji kwestie zostają zaledwie wspomniane pobieżnie w jednym czy dwóch zdaniach (pojawia się między innymi wątek jasnowidztwa), a poczynania postaci nie mają większego oparcia w rzeczywistości – ludzie robią to, co robią, bo tak jest lepiej i efektowniej, bo tego wymaga scenariusz.
W momencie, gdy Bier przechodzi do trzeciego aktu, w którym w oczach bohaterów płoną iskry szaleństwa, trup ściele się gęsto i nie ma możliwości powrotu do dawnego życia, „Serena” nie przypomina już klasycznego melodramatu osadzonego na tle urzekających krajobrazów, lecz utkaną z kryminalnych stereotypów pustawą psychodramę, w której możliwe jest dosłownie wszystko, łącznie ze znalezieniem odkupienia w najbardziej kuriozalnych okolicznościach. Takie potraktowanie sprawy boli, tym bardziej że „Serena” miała potencjał na naprawdę mocne, pełne refleksji i niewygodne kino o dwójce ludzi zagubionych we własnym poszukiwaniu szczęścia, co prowadzi ich do stania się czarnymi charakterami tworzonej wokół siebie rzeczywistości. Gdyby „Serenę” nakręcił Darren Aronofsky, który przez jakiś czas przymierzał się do tego projektu (z Angeliną Jolie w roli głównej), ta psychodrama nie tylko miałaby zapewne większy sens, lecz wzbudzałaby także ogromne emocje. Jednakże to po raz kolejny tylko i wyłącznie gdybanie, natomiast ocenie należy poddać taki film, jaki przeznaczono do dystrybucji kinowej – i tu nie ma większych wątpliwości, jak powinien brzmieć werdykt.
autor: Darek Kuźma
źródło
Tak długo go nie chcieli wypuścić, ze zupełnie o nim zapomniałam.. Aż dziw, że dotarł do Polski i będzie w kinach. Jak widać niestety mieli powód. Niby wszystko się zgadza.. Wielka depresja, Lawrence, pomieszanie melodramatu z wątkami kryminalnymi.. Bardzo lubię takie kino. Z tego co piszesz wydaje się mimo wszystko dosyć intrygujące ;)
OdpowiedzUsuń