środa, 15 sierpnia 2012

'Niesniszczalni 2' z Liamem - Recenzja Stopklatki


Sequel "Niezniszczalnych" ma wszystkie cechy powtórki - nie zaskakuje. Serwuje jeszcze raz to samo, tylko w rozmiarze XXL. Pochłania się to miło, choć po wszystkim nie mamy już ochoty na dokładkę.
Sukces "Niezniszczalnych" sprzed dwóch lat zaskoczył chyba nawet jego twórcę Sylvestra Stallone'a. Pomysł na zrobienie filmu akcji w starym stylu, w którym gwiazdami będą ikony "twardego" kina lat 80. wydawał się aktem rozpaczy starzejącego się aktora i reżysera. Stallone postawił jednak na to, co było ukrytą sprężyną sukcesu tych dawnych filmów - autoironię. I odniósł sukces. Nikt już nie traktuje poważnie dawnych mięśniaków, czas więc by i oni wyluzowali. Sly przypomniał, że mimo podłączania Rambo, Rocky'ego czy Commando pod różne polityczno - ideologiczne afiliacje, to przecież nigdy nie było kino naprawdę serio.



Chciałbym napisać, że w drugiej części Stallone rozwija ten pomysł, ale nie byłoby to prawdą. On go po prostu powiela. Znowu mamy więc grupę najemników, którzy kulą się nie kłaniają. Dostają pozornie łatwe zlecenie. Na terenie Chin spadł samolot z ważnym ładunkiem na pokładzie. Chłopaki mają go odzyskać i dostarczyć - to wszystko. Sytuacja komplikuje się, gdy okazuje się, że zawartością pokładowego sejfu interesuje się grupa terrorystów pod wodzą niejakiego Vilaina (trudno o lepsze nazwisko dla czarnego charakteru). W starciu ginie najmłodszy z niezniszczalnych. Nie trzeba geniusza, żeby się domyślić, że odtąd wszystkie działania bohaterów będą podporządkowane krwawej wendecie.

Stallone zadowolił się tym razem "tylko" rolą scenarzysty i producenta stawiając za kamerą wyrobnika Simona Westa ("Con Air: lot skazańców"). I dobrze, bo do realizacji schematu: akcja - ironiczne wymiany zdań między bohaterami - akcja - akcja - ironiczne… itd. nadaje się idealnie. Każdy z aktorów odnosi się z dystansem do swojego ekranowego (i nie tylko) wizerunku. Stallone jest więc twardzielem skrywającym traumę nieudanego życia prywatnego, Statham nonszalanckim zawadiaką, Lundgren ospałym olbrzymem z przeszłością… akademicką (Dolph naprawdę studiował na trzech fakultetach, w tym chemicznym), a Schwarzenegger nieustannie chce gdzieś wracać ("I'll be back").

Sukces pierwszej części sprawił też, że udało się namówić do występu kolejne przejrzałe gwiazdy. Smakowity epizod ma tu Chuck Norris naigrywający się ze swojej roli w "Zaginionym w akcji", a jako wspomniany Vilain pojawia się obdarzony zmartwiałą od botoksu mimiką Jean-Claude Van Damme (nie martwcie się jednak, swój cios z pół obrotu wykonuje bez zarzutu).

Ogląda się to wszystko z podszytą wzruszeniem przyjemnością (złota era VHS), ale po seansie trudno uciec przed myślą, że film wyczerpał już potencjał serii. Można dorzucić jeszcze parę osób (czy Steven Seagal podpisał już kontrakt na trzecią część? Czy Bolo Yeung jeszcze żyje?), ale to trochę mało, żeby utrzymać uwagę widza. Choć z drugiej strony powtórka z rozrywki stanowi istotę powodzenia "Niezniszczalnych". Czy panowie dadzą radę jeszcze raz?
Wańka wstańka
źródło

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...